Przepis na sukces? Wymyśl swój!

Pozostając wciąż pod wpływem bardzo pozytywnych emocji po zakończonym seminarium “The Secret” chciałam opisać w kilku słowach, czego się nauczyłam.

Szczerze mówiąc – wiedziałam, że zasób mojej wiedzy nie zostanie nagle dramatycznie powiększony: to było odgrzewanie starych prawd, o których ja, czy Ty – Drogi Czytelniku – z pewnością wiesz, jeśli uważnie czytasz naszego bloga ;) lub choć odrobinę interesujesz się materiałami “sekretopodobnymi”, jak to mawia Wojtek.

Moja głowa często pełna jest mnóstwa zawiłych pytań. “Jak” i “dlaczego” towarzyszy mi odkąd pamiętam. Dlatego podczas tych dwóch dni niesamowitej przygody w Krakowie nasuwały mi się one wyjątkowo często. Ilość rad, jaką otrzymaliśmy podczas warsztatów można spokojnie liczyć w setkach (“bądź taki, zrób to, zapamiętaj tamto”) i nawet nasze parapsychologiczne zdolności ;) nie są w stanie ich wszystkich zapamiętać, a co dopiero zastosować! Z tego powodu stwierdziłam, że należy wysunąć jakiś ogólny wniosek, który ogarniałby całość wiedzy, jaką próbował przekazać nam Eduardo Sánchez.

Zatem moja konkluzja jest następująca: nie ma przepisu na sukces! Nie ma – koniec, kropka. Pomimo wszystkich technik, jakie zostały nam przedstawione, gdybym miała zacząć robić coś konkretnego – nie wiedziałabym, co. Rzeczy, o jakich rozprawiał Eduardo Sánchez, było tak dużo, poza tym wykluczały się nawzajem. Z jednej strony: miej plan, z drugiej: poddaj się pasji i działaj pod wpływem impulsu. Z jednej strony: poprawiaj się w jakiejś dyscyplinie o każdego dnia o jeden procent, z drugiej: zawsze dawaj z siebie absolutne wszystko, oddaj się temu bez reszty.

Gdyby spisać wszystkie rady, jakich udzielił, wyszedłby z tego niezły misz-masz. Fakt, faktem, że część z nich była naprawdę sensowna, co z tego, jeśli jedna zasada wykluczała drugą?

Moim wnioskiem jest więc: to JA jestem zasadą kreującą sukces. To moja gra i moje bierki. Ja tu rozdaję karty.

Moim osobistym sukcesem było znalezienie się na tym szkoleniu, wśród tych ludzi. Byłam z siebie taka dumna. Dlaczego? Oznacza to dla mnie po prostu, że zmienianie siebie idzie mi całkiem dobrze. Moje przekonania powoli się transformują, destrukcyjne myśli chyba gdzieś zaczynają znikać, czego dowodem jest uczestnictwo w takim wydarzeniu. Gdybym nadal hołdowała swoim starym wierzeniom, za nic w świecie nie przekroczyłabym progu czterogwiazdkowego hotelu. Jeśli zostałam do takiego zaproszona, oznacza to, że coś w środku mnie poważnie drgnęło i to jest dla mnie największym sukcesem.

Do czego zmierzam? Bo to był dla mnie właśnie przeogromny sukces. Tylko, czy ja planowałam czas? Czy ja każdego dnia robiłam absolutne wszystko? Czy moje myśli zawsze były pełne wiary i pasji? Oczywiście, że nie. A jednak – udało mi się i to naprawdę niewielkim wysiłkiem. Chciałam tym przykładem pokazać, że sukces jest czymś innym dla każdego, więc droga, jaka do niego prowadzi też jest różna dla różnych ludzi.

Na pewno czasami w życiu udawało Ci się coś osiągnąć dzięki długiej pracy. Ale były też pewnie momenty, kiedy byłeś w szoku, że udało się coś zrobić i to w tak dobry sposób.

Myślę, że wspólnym pierwiastkiem każdego sukcesu jest po prostu wyrażenie siebie – w takiej rzeczy, której robienie nas uszczęśliwia. Nie musi nim być duży dom, czarne audi, czy monopol na złote zegarki. To po prostu Twoje “true self”, jakby powiedział Bashar, to Ty w całej swojej krasie. To melodia Twojej duszy, to wibracja, na jakiej nadaje Twoje kochające serce.

Te wszystkie reguły, jakie mają doprowadzić nas do celu to tylko tak naprawdę subiektywny punkt widzenia jakiegoś gościa, a Ty chcesz być sobą, a nie nim, prawda?

Oczywiście nie mówię, że są do niczego. Pewnie przyda Ci się rada o widzenia w przeszkodach ukrytych możliwości, czy pomysł planowania swojego czasu. Ale jest tak wiele ludzi, który nie zaplanowali swojej drogi, a dotarli na szczyt. I przeciwnie – są tacy, dla których kalendarz stanowił podstawę działania. Jedni mogli osiągnąć sukces nic nie robiąc – po prostu nagle doznając olśnienia i je wykorzystując, inni znowuż pracowali naprawdę solidnie i też im się udało.

Wybór Twojej życiowej drogi zależy od Ciebie. Możesz też wybrać, by nie decydować o nim w ogóle, pozwalając innym ludziom kierować sterem Twojego życia za Ciebie.

Ale wiesz co? To nieważne.

“Co? Nieważny jest sukces w życiu?!” I wiesz, co? Jest. Ale tylko wtedy, kiedy sam będziesz go chciał. Wszelkie doznania związane z realizacją siebie są rewelacyjne, a spełnianie swoich wizji w moim doświadczeniu często wywołuje łzy. Ale to moja droga, punkt widzenia zależny od punktu siedzenia. Jeśli inni wolą robić coś innego, proszę bardzo. Żyjmy i pozwólmy żyć innym.

Chodzi, o to, żeby zaufać sobie. Sama też to muszę zrobić, choć przyznaję, że idzie mi coraz lepiej. W całym “Sekrecie” kładzie się wielki nacisk na sukces, a szczególnie na tym seminarium, na którym miałam ogromną przyjemność być. Kiedy powiedziano mi, że druga część sobotnich zajęć będzie dotyczyć tematu “Sekret a Sukces” – roześmiałam się po cichu – przecież dosłownie każda minuta poprzednich kilku godzin o tym opowiadała. Jeśli naprawdę zaufasz mocy w Twoim wnętrzu – przepisy na sukces możesz odrzucić w kąt i stworzyć swój.

Staram się oduczyć oceniania, dlatego, że wiem, że dla jednych mogło być to dobre, a dla innych – nie.

Dla mnie “Sekret” powinien wykraczać poza psychologię sukcesu, pokazywać konkretny przekaz, stawiający pytania i pokazujący rzeczy w całej swej krasie: czyli wad i zalet. Określać szerszy zakres widzenia, wspominać o znaczeniu w skali całej ludzkości równocześnie bardziej zagłębiając się w głębszy wymiar każdego człowieka.

Sukces, który możesz osiągnąć na różny sposób, to po prostu Twój wybór. Nie ma na niego żadnego przepisu, tak jak na samo życie.

Zapytaj siebie: co mnie naprawdę kręci w tym życiu?
Potem dodaj: w jaki sposób chcę to robić?
Reszta – pójdzie sama.

Dodaj komentarz